Poeta, który chodził za mną

Wojciecha Bąka najpierw poznałem nie jako poetę, ale poprzez jego słowa.

„Mój Bóg jak drżący słowik w garści…”

Te słowa usłyszałem wiele lat temu, śpiewane przez moją żonę. Poruszyły mnie, choć wtedy nie znałem nawet autora.

Dopiero po latach, pracując w pracowni, usłyszałem tę pieśń ponownie. Padło nazwisko: Wojciech Bąk.

Zacząłem szukać. I tak odkryłem człowieka, poetę i jego niezwykłą historię.

Jego słowa zaczęły mi towarzyszyć. Wracałem do nich podczas pracy, a z czasem również do jego książek.

Bąk przypomniał mi, że wiara nie zawsze jest spokojna i wygodna. Że można Boga szukać również poprzez pytania, niepokój, cierpienie i tęsknotę.

Może właśnie dlatego jego słowa tak dobrze spotkały się z moim Frasobliwym.

Grupa poświęcona poezji Wojciecha Bąka:

https://www.facebook.com/groups/1792020227761553

Trochę faktów z życia poety:

Parę stron z książek Wojciecha Bąka

Korzenie moje w Tobie. Tyś jest moją glebą.
W Tobie czuwa me męstwo, w Tobie spokój drzemie.
Tyś mi dał dom wieczności, w którą wstąpię: niebo,
Tyś mi dał schron i drogę, na której trwam: ziemię.
Wyrosłem słowem Twoim z nicości zbudzony-
Poznałem dnie zachwytu i rozpaczy noce.
Kwitnąłem, kiedyś kazał  – opadnę skruszony,
Twoje są moje kwiaty, Twoje me owoce.
Twoim siew mój. Ty uchroń, by nie zmarniał podle –
Tyś był stróżem, bądź siewcą. Tobie moje żniwo.
Niczego już nie pragnę i tylko się modlę,
By wola Twa się stała – w niej jest sprawiedliwość.
Ciężkie życie, lecz z Tobą jest łatwe i lekkie;
Ciężka śmierć, ale z Tobą czuła jest jak zorze –
Dobrze było, żeś życiem otwarł me powieki,
Dobrze będzie, gdy zamknę je, Stróżu mój – Boże.

Któż mnie tak porwał i znów złączył,
Że stoję żywy, uśmiechnięty ...
I wielbię łzy i ran mych piętno,
Choć jeszcze płacz źrenice mąci ...
Jest mój łączyciel! On mnie broni,
Klęską mnie raniąc i rozpaczą ...
Więc cóż, że oczy moje płaczą,
Gdy jestem w Jego czujnej dłoni!
On wie, co mojej krwi potrzeba,
Więc jak nie chwalić mi męczeństwa?
To Pan jest prawdy, to Pan męstwa ...
To On mi nigdy spocząć nie da!

Bóg mnie rzucił na ziemię jak w burzliwe morze.
Zły ze mnie pływak – mdleje mi bezsiłą ramię.
Wiem, nikt tratwy nie wyśle, w walce nie pomoże,
Jakbym był odrzucony na wieki w niepamięć.

Ale stado żurawi, płynąc w dal przeczutą,
Uczy mnie wierzyć w Boga, który nim kieruje –
I pogodą ich skrzydeł rozkwita mój smutek.
I Jego skrytą pomoc w mych ramionach czuję.

Z cyklu MISTYKA III

Trzeba być całkiem ślepym,
By zobaczyć Jego blasku przepych,
Trzeba być całkiem głuchym,
Aby nowym go usłyszeć słuchem,
Trzeba zatracić dar woni,
Aby odczuć woń piersi i dłoni,
Trzeba zatracić czucie,
By Go dotknąć rozpalonym uczuciem,
I trzeba całkiem być niemym,
Aby Imię Jego wymienić!

Z cyklu MISTYKA II


Zalałeś mnie Twym głosem jak spokojem morza,
Przebiłeś moje serce Twych oczu księżycem,
Na dno Twych słów zbolały padłem w śmierci grozie
I w odrodzenia słodkim, radosnym zachwycie.

Odciąłeś moje płuca od powietrza ziemi,
I oto już przywykły czerpać tlen z słów Twoich.
Spocząłem w głębi chłodnej oczyma martwymi
I piłem ciszę wielką, co na śmierć ukoi.

Lecz Tyś mnie teraz rzucił i kazał bić blaskiem
Słonecznym w martwe oczy i przerażać płuca.
O, straszny Boże, miotam się jak ryba w piasku,
Którą zły rybak złowił i na brzeg wyrzucił

Kto Cię odnalazł – ten odnalazł siebie
I w tłumie głosów szumi jak liść w górze –
I pełen Ładu jest jak nuta w śpiewie,
Gdy zabrzmi dźwiękiem harmonijnie w chórze.

I każdy gest w nim ciężki od znaczenia,
I każda myśl w nim echem dźwięczy Boga,
I płacz radością jest, szczęściem cierpienie,
I męstwem rośnie jego drżąca trwoga.

I czuje – wielkie go karmią korzenie
I oddech go zasila – wiatr pokoju –
I przedłużonym jest Twoim ramieniem,
I wolą Twoją.

Przewijanie do góry